CplusE #249 – Amerykańska maszyna w Europie – Studebaker US-6

Witajcie! Amerykańska motoryzacja nie gościła jeszcze w naszej serii historycznej, a to wielkie niedopatrzenie, bo stare ciężarówki z USA są niezwykle interesującymi konstrukcjami.

Wystarczy powiedzieć, że Sowieci bezwstydnie kopiowali pomysły Amerykanów, tworząc swoje pojazdy ciężarowe. Spotkanie ze starą ciężką motoryzacją rodem z USA zaczynamy mocnym akcentem,  Studebakerem US6 z lat 40. ubiegłego wieku.

Zapnijcie pasy, bo przeniesiemy się dzisiaj w czasie – do okresu II Wojny Światowej, kiedy ta konstrukcja bezapelacyjnie królowała w alianckich siłach zbrojnych. Zapraszam na CplusE. Jedziemy z tematem!

Zanim jednak powiem cokolwiek o samym pojeździe, muszę przybliżyć Wam – w kilku zdaniach – historię firmy Studebaker Brothers Manufacturing Company.

Słowo „brothers” w nazwie firmy jest nieprzypadkowe, bo prowadziło ją 5 braci o jednakowym podejściu do zapuszczania zarostu. Dodam, że Studebakerowie powołali do życia swoje przedsiębiorstwo jeszcze w XIX wieku, dokładnie w 1852 roku.

Od samego początku zajmowali się tworzeniem sprzętu dla armii, a zaczęli już podczas wojny secesyjnej i były to pojazdy z napędem konnym, czyli wozy – mówiąc prościej. Wykorzystywano je np. do zaopatrzenia wojska.

Początkowo pojazdy Studebakerów z silnikiem zamiast konia w większości były napędzane prądem, bo – jak podają źródła – John M. Studebaker, prezes firmy nie lubił zapachu spalin. Niesamowite jest to, że elektryki tej marki powstawały od 1902 aż do około 1911 roku,  kiedy to nastąpił całkowity zwrot firmy ku paliwom kopalnym.

Przedsiębiorstwo wzbogaciło się znacznie podczas I Wojny Światowej, głównie dzięki gigantycznym zamówieniom brytyjskiego rządu. Na potrzeby tego kontraktu wyprodukowali 3000 wozów transportowych, 20 000 zestawów uprzęży artyleryjskich i 60 000 bojowych siodeł. Wtedy wyposażenie armii wyglądało zgoła inaczej niż teraz.

Czasy międzywojnia pominiemy, bo dużo byłoby do opowiadania. Powiem tylko, że powstało wtedy wiele interesujących konstrukcji, głównie o osobowym charakterze, choć były też perełki w stylu między innymi pojazdu pożarniczego.

W kontekście bohatera naszego odcinka najistotniejszy jest okres II Wojny Światowej. To czas powszechnej mobilizacji całego amerykańskiego przemysłu, która rzecz jasna nie ominęła również firmy brodatych braci. Głównym drugowojennym produktem przedsiębiorstwa był właśnie Studebaker US6, który powstawał w masowych ilościach.

Ciężarówka II Wojny Światowej

Studebaker US6 zdominował transport podczas wojny. Wystarczy powiedzieć, że Amerykanie wyprodukowali dokładnie 218 865 sztuk tych ciężarówek. Takie nasycenie rynku osiągnięto w zaledwie 5 lat – od 1940 do 1945 roku.

US6 powstawały głównie w takiej wersji jak na załączonym obrazku. Zamknięta kabina i otwarta, pokrywana brezentem skrzynia ładunkowa. Dodam, że to pojazd lekki i niewielki jak na obecne standardy maszyn z ciężarowym nacechowaniem. Dość powiedzieć, że ładunek ważący 5 ton, to był dla niego maks.

Trzeba stwierdzić, że tak wyglądający i w pełni sprawny Studebaker US6 to prawdziwy biały kruk motoryzacji wojskowej. Ten konkretny egzemplarz pochodzi z imponującej kolekcji prywatnego Muzeum Pojazdów Militarnych i Zabytkowych pana Bogdana Maczugi, które znajduje się w Rakszawie pod Łańcutem.

Pan Bogdan w swojej kolekcji zebrał kilkadziesiąt najróżniejszych zabytkowych pojazdów, a wiele z nich na pewno trafi do naszej serii historycznej. Dodam, że o początkach i prowadzeniu własnego muzeum oraz o pasji do starej motoryzacji Pan Bogdan opowiada w naszym podcaście na stronie cpluse.pl.

W tym samym miejscu możecie też posłuchać, a nawet obejrzeć rozmowę o Jelczu PR110, w której rozmawiamy z Sebastianem Antosiewiczem, czyli człowiekiem stojącym za całym procesem renowacji tego wspaniałego autobusu.

Wbijajcie na cpluse.pl – mamy tam podcasty, kursy i sporo produktów specjalnie przygotowanych dla prawdziwych zawodowców. A teraz wracamy do Studebakera.

Studebaker US6 był w głównej mierze produkowany na eksport. Podczas II Wojny Światowej ponad 150 tysięcy sztuk trafiło do Europy. Nie inaczej było z tym egzemplarzem.

Wyprodukowano go w USA w 1941 roku. To wersja z napędem 6×6, wyposażona dodatkowo w mechaniczną wyciągarkę – nie wszystkie egzemplarze ją posiadały.

Na tamtejsze standardy amerykańskie te Studebakery nie były nowoczesne, ale w Europie robiły furorę. Ich projektantom nie można też odmówić pomysłowości i niesztampowego myślenia. Przykładem niech będą reflektory.

Zastosowano tu wymienne żarówki, co wtedy nie było standardem, bo inni producenci optowali raczej za wymianą całych wkładów. Niby niewiele, ale w kontekście wojny to duża różnica. Warto też wspomnieć o aluminiowych klamkach. Inni stosowali stalowe, które zimą przymarzały do dłoni.

Na pochwałę zasługują szczególnie dobre właściwości jezdne. US6 skrzydła rozwijał w terenie, gdzie radził sobie nad wyraz dobrze. Dodam, że pojazdy w takiej wersji wyposażenia wykorzystywane były zwykle do transportu żołnierzy i ciągania dział przeciwpancernych, moździerzy czy haubic.

Warto wspomnieć o jednostce napędzającej Studebakera. Pojazd korzysta z dolnozaworowego silnika JXD wyprodukowanego przez firmę Herkules. Zasilany benzyną motor o pojemności ponad 5,2 litra nie cechował się oszałamiającymi osiągami.

Generował 95 koni mechanicznych mocy przy 2,5 tys. obr./min. Jednostka nie należała do najmocniejszych w tamtych czasach, ale w zupełności wystarczyła by napędzić relatywnie lekkiego Studebakera US6. Ten silnik działał idealnie nawet na byle jakiej benzynie.

Zbiornik o pojemności 150 litrów pozwalał na przejechanie około 300 kilometrów, dlatego dodatkowe 80 litrów paliwa w kanistrach często okazywały się nieodzowne. Szczególnie w ogarniętej II Wojną Światową Europie.

Ten silnik był solidny. W katalogu firmy Herkules JXD widniał do 1967 roku, a jeszcze pod koniec lat ’90 można było kupić do niego części zamienne. To wręcz niespotykanie długie wsparcie dla konstrukcji, przypomnijmy, z lat 40.

Na odnotowanie zasługuje sposób uruchomienia silnika. Włącznik rozrusznika znajduje się pod pedałem sprzęgła. By go odpalić, trzeba przekręcić kluczyk w stacyjce i wcisnąć pedał „do dechy”.

Kabina Studebakera US6

Kabina zaskakuje swoimi niewielkimi rozmiarami. W oczy rzuca się przede wszystkim centralne umiejscowienie zegarów, wśród których wielkością dominuje prędkościomierz. Wskazanie podaje oczywiście w milach na godzinę.

Lewy górny róg, to manometr ciśnienia oleju. Bezpośrednio pod nim odczytamy wskazanie temperatury płynu chłodniczego – w Fahrenheitach. Po prawej na górze jest poziom paliwa, a na dole amperomierz. Wszystko czego potrzeba kierowcy z tamtych czasów. Niżej mamy jeszcze cięgno ssania, włącznik świateł, stacyjkę i klakson. 

Zwróćcie uwagę na nietypowe w dzisiejszych czasach rozłożenie schematu biegów. Dwójka jest w miejscu jedynki, bo to właśnie z tego biegu ruszało się w normalnych warunkach. Jedynka służyła tylko do ruszania w szczególnie trudnym terenie. Skrzynia była niesynchronizowana, więc nie dziwi ogromny lewarek do zmiany biegów.

Interesujące są również wycieraczki o napędzie podciśnieniowym, pobieranym z kolektora ssącego silnika. Oznacza to, że np. przy stromym zjeździe bez dodawania gazu, wycieraczki poruszały się bardzo szybko, a gdy jechaliśmy na pełnym gazie ledwo się przesuwały. Ciekawe.

Studebaker US6 był nie tylko jednym z najczęściej wykorzystywanych pojazdów podczas wojny. To również gwiazda filmowa. Występował w dziesiątkach produkcji europejskich, ale także amerykańskich. Studebakerem jeździł Franek Wichura z „Czterech pancernych…”, ale także żołnierze z „Kompanii braci”.

US6, którym mamy dzisiaj do dyspozycji, bryluje natomiast na różnego rodzaju rekonstrukcjach historycznych. Stąd u niego takie niejednolite malowanie.

Mnie osobiście nie dziwi, że ten pojazd jest tak często pokazywany w filmach i serialach. Nie dość, że wygląda pięknie, to przynajmniej dla mnie funkcjonuje jako bezapelacyjny symbol tamtych czasów i tragicznej w skutkach II Wojny Światowej.

Made in U.S.A. – copied by ZSSR

Studebakery występowały w bardzo różnorodnych wariantach wyposażenia. Były wywrotki, cysterny czy ciągniki siodłowe. Sowieci przerabiali je również na wyrzutnie rakiet, znane powszechnie jako katiusze albo organy Stalina. Wspominałem wcześniej, że ponad 150 tyś. Studebakerów US6 trafiło do Europy.

Większość przyjął właśnie Związek Radziecki. Dostały się tam albo przez morze Norweskie i Morze Barentsa do Murmańska, albo od południa przez porty Zatoki Perskiej, jak choćby Basra i dalej w głąb ZSRR. Pojazdy przyjeżdżały częściowo złożone i spakowane w skrzynie. W takim stanie trafiały do radzieckich montowni, gdzie składano je do kupy i oddawano na front. Później razem z aliantami wspierały natarcie na Berlin.

Studebaker US6 był niezwykle solidną i trwałą konstrukcją. Stosowanie takich rozwiązań jak np. kadmowe śruby robiło wrażenie na sowietach, dla których „studery” – jak nazywano je w Europie – były szczytem techniki motoryzacyjnej. A na pewno okazały się znacznie lepsze od radzieckich GAZ-ów AA czy ZiS-ów 5, które skonstruowano jeszcze w latach 20.

Sowieci postanowili więc ukraść pomysły Amerykanom i na podstawie Studebakera US6 stworzyli ZiS-a 151, o czym wspominałem na początku. Mówiąc, że „stworzyli na podstawie”, mam na myśli – totalnie skopiowali niemal wszystko, niektóre elementy nieznacznie ulepszając.

Naturalnie Studebakery US6 trafiły również do Wojska Polskiego. Po wojnie dołączyło do niego kilkaset sztuk. Taki los ma za sobą ten egzemplarz. Potwierdza to specjalna tabliczka, której napis głosi: „Sprawdzono – Komisja Techniczna nr 004572”.

Po latach Wojsko Polskie wymieniało swój tabor na radzieckie ZiS-y 151 czy polskie STAR-y 66, a „studery” oddawano do cywila lub do oddziałów straży pożarnej, gdzie służyły nawet do lat ’70.

Ten pojazd to rarytas. W Polsce jest obecnie pewnie mniej niż 10 sztuk Studebakerów US6. A ten nie dość, że jest w pełni sprawny i gotowy do jazdy, to jeszcze wygląda po prostu niesamowicie.

To oczywiście zasługa Pana Bogdana Maczugi. US6 jest chyba jednym z najcenniejszych eksponatów jego kolekcji. Ten „studer” miał szczęście, że trafił akurat do Rakszawy, a nie na złom. Jak dobrze, że stara motoryzacja ma swoich pasjonatów. Tu kończymy. Życzę szerokości z CplusE. Do zobaczenia.

Dodaj komentarz

Koszyk
Przewiń do góry